Chwile zabite przez spiralę myśli

stres-myśli-głowa-być-tu-i-teraz

Jestem sobie takim tworem, który odpoczywa z wielkim trudem. I nie koniecznie tylko dlatego, że ciągle brakuje mi czasu. Ale głównie dlatego, że sama sobie na to nie pozwalam. Ludziom jest to bardzo trudno zrozumieć. Kiedy staram się komuś opowiedzieć jak to schematycznie u mnie wygląda, początkowa reakcja bywa zawsze dokładnie taka sama u wszystkich: jak to, przecież wystarczy usiąść i się zrelaksować. Eh, ale to nie jest takie proste. Nie dla osoby z wbitym poczuciem, że na odpoczynek trzeba sobie zapracować i kotłującymi się myślami w głowie.

Będąc teraz nad morzem uświadomiłam sobie jak brakowało mi zmiany miejsca choć na chwilę. Codzienne obowiązki dają w kość, pracy coraz więcej, a weekendy są często mocno wypełnione dodatkowymi zadaniami po brzegi. Taka odskocznia na weekend bywa zatem dla mnie niezwykłą ulgą. Kiedy długo nie mam takich przerywników od życia, tęskno mi tym bardziej do chwil wytchnienia.

Poniekąd taki był ten miniony weekend. Udało się nam wyskoczyć poza dom, zostawić w tyle wszystko co zrobić należy. Jak to my, dołożyliśmy sobie do programu wycieczki obszerną ilość rzeczy do zrobienia i zobaczenia. I znów jak to my, plan wycieczki zakładał więcej niż realnie można było obejrzeć. No a celem nie było zajechać się na wyjeździe, ale dobrze go wykorzystać. Także skorzystać z możliwości relaksu.

Popatrzyłam sobie jednak lepiej na siebie. Tak trochę z boku. Pojechałam na weekend totalnie nakręcona, że: tak, tak, będę odpoczywać! Mam szansę, trzeba efektywnie ją wykorzystać!
Szybko jednak przyszło mi skonfrontować się znów ze sobą. Przyznaję wywołało to nie tylko panikę we mnie, ale i lekkie przerażenie. Jestem ostatnio jak sprężyna. Stres nowymi wyzwaniami daje o sobie znać w każdej chwili. Do tego napędzany jest przez małpę siedzącą w mojej głowie, skutecznie działającą by wywoływać wszystkie moje słabości i lęki.  Stara się popsuć mi humor, abym nie ruszała do przodu, aby zawrócić z toru zmieniającego się podejścia na ten poprzedni – negatywny. Ostatni miesiąc to taka moja codzienna bitwa z samą sobą. Wstaję rano z przerażeniem jaka dziś jest walka do stoczenia i w imię, którego strachu dziś walczę. Aż mam ciarki na rękach jak to piszę.
Ta moja sprężyna napędza mnie z jednej strony do działania, a z drugiej podwyższa poziom stresu do granic wytrzymałości. Ten stres parszywie wyczerpuje. Mam mniej energii, więcej przemęczenia i większą podatność na różne emocje. Plan w głowie na działanie jest, realizuję go sukcesywnie, raz lepiej, raz gorzej. Kierunek jednak mam dobry i mimo błędów po drodze, wiem, że idę po swoje. Tylko jak naoliwić i uodpornić tą moją sprężynę?

Z utęsknieniem wypatrywałam więc momentu kiedy wieczorem  mogę usiąść na plaży i słuchać szumu fal. Liczyłam bardzo, że to będzie taki właśnie moment – na złapanie oddechu spokoju. Wiecie, nawet poczułam, że mogę się zatrzymać. Odłożyć na bok ten cały miejski gwar obowiązków, szaleństwo galopujących myśli i wariactwo strachów. Zatrzymać się i być. Po prostu być. Tu i teraz. Jak na feriach zimowych. Usiadłam i poczułam spokój w ciele, że nie trzeba biec, załatwiać, organizować, robić, chodzić! Mogę się zatrzymać.
Tylko czym byłoby moje ciało bez głowy? Niczym! Wszystko jest w głowie. Zakorzenione, ustawione, decydujące i co gorsza sterujące. Ta niestety, nie potrafiła się do końca zatrzymać. Pędziła wciąż przez te wszystkie labirynty i czeluści lęków oraz stworów jakie się w nich kryją. Przemierzała listy
TO DO by zdziałać wszystko krocząc do swojego wymarzonego, zawodowego celu. Analizowała czy decyzje z ostatnich dni były dobre dla mnie i mojej rodziny. Istny bazar z tysiącami przekup. Gwar, skwar od rozżarzonych emocji i duchota. A w tym wszystkim ja – walcząca o trochę powietrza. Bo ten skwar piecze, a brak powietrza dusi.

Tak się właśnie czułam siedząc na tej plaży. To trudno do końca opisać. Wytłumaczyć racjonalnie. Jak człowiek świadomy siebie, umiejący radzić sobie ze sprawami codziennymi nie potrafi poradzić sobie z własną głową. Przezwyciężyć machinę schematów jaką został w dzieciństwie zasypany. Niebywałe dla mnie jest to, jak potrafię widzieć te rzeczy z boku. To nawet kole mnie czasem w oczy. Niewiedza i nieznajomość siebie były o wiele lepsze. Przynajmniej w takich chwilach. Widzieć i czuć swego rodzaju bezradność nie jest niczym przyjemnym. Bo tak bardzo chcesz to zmienić, zatrzymać ten cały popaprany kołowrotek w sobie – ale nie wiesz jak! Choć to nie prawda! Ja wiem jak, metody znam. Ale jeszcze nie potrafię ich wdrożyć. Nie czuję ich. Raczkuję jak dziecko. Robię mały kroczek do przodu, dwa do tyłu, krok do przodu, dwa do tyłu i zawsze spadam na swój „przeuroczy” tyłek.

By jednak nie zakończyć tego wpisu na smutno, powiem Wam, że dam radę! Czuję w sobie, że przyjdzie taki dzień, że kiedy zasiądę w cudnym miejscu, pełnego dobrych okoliczności zatrzymam swoje ciało i głowę. Kiedy będę zasypiać wieczorem zamknę oczy i oddam się pięknym snom, bez przewalających się emocji z dnia i myśli kradnących mi godziny ze snu. Będę mogła automatycznie, logicznie i spokojnie być tu i teraz. W chwili w której po prostu jestem. Bardzo sobie tego życzę!

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *