Depresja i… po depresji

Depresja i... po depresji

Jadę w pociągu, piję kawę a za oknem mgła, gdzieś pomiędzy przenikają się budynki, drzewa, pola. Jest tak klimatycznie, akurat by zanurzyć się na chwilę w temacie depresji. Ale nie po to by ją znów przeżywać i zatracić się w niej, lecz by zanalizować. Z jednej strony te obrazy są pełne tajemniczości, kryją za sobą jakąś mroczną i zamazaną tajemnicę. A z drugiej cieszy mnie, że to już nie moje. Naturalną rzeczą dla mnie jest to, że moja MAŁPA (tak określam część mózgu, która usilnie popycha mnie w stare schematy) przywołuje wspomnienie tego okropnego stanu. Okropnego, ale naturalnego, kiedyś normalnego dla mnie. Bo jeśli chciałabym znaleźć w swoim życiu punkt w którym ona się pojawiła to będzie mi bardzo ciężko. Była od zawsze. Na pewno mogę znaleźć moment, w którym wszystko posypało się jak domek z kart i moje życie zmieniło diametralnie tor. Ale nie ma co tego teraz roztrząsać.

Depresja kojarzy mi się z permanentnym smutkiem, wewnętrzną rozpaczą i czarnowidztwem. Widziałam wówczas świat jako ten, który stanął w całości przeciwko mnie. Przed tym co na zewnątrz, zamykałam się wewnątrz iluzorycznie myśląc, że to mnie ochroni. Płakałam poprzez każdą cząstkę mojego ciała. Każda bolała z osobna. Krzyczała o pomstę, o zwrócenie uwagi, o coś dobrego.  Czułam się jak drzewo stojące samotnie pośród łąk i pól. Samotnie krocząc przez każdy dzień, przeciskałam się przez niego, myśląc z tyłu głowy to się zaraz skończy. Umrę. Nie było w moim świecie wokół absolutnie nic pozytywnego. Przynajmniej tak chciałam to widzieć. Na zewnątrz niby wszystko gra, a w środku czarna rozpacz. I tak żyłam sobie przez lata całe. W schemacie ofiary – cały świat przeciwko mnie, nie ma nic dobrego w tym, że jestem i że dobrzy ludzie są wokół. A do tego jeszcze, miałam program, że jeśli faktycznie pozwolę sobie na coś dobrego to natychmiast mam się karać. Bo na to nie zasługuję, bo nie byłam warta by to mnie spotkało. A jeżeli rzeczywiście mnie to spotyka to muszę przecież przejść przez okropne cierpienia,  plagi egipskie i zostać obita z każdej ze strony – wtedy znaczy, że zasłużyłam. Paranoja! I tu już odpowiem: każdy inaczej przeżywa ten stan, ma inne doznania, ale schemat jest podobny.

Jednym z wielu badań na  diagnozę tej choroby jest zrobienie rysunku. Namalowanie drzewa jakie lubisz. Ja od dziecka malowałam drzewo w jeden sposób. Bardzo prosto. Jego motywem przewodnim były gałęzie (bez liści) opadające w dół. Wszystkie zwrócone ku ziemi, ku dołowi. Smutne, biedne, samotne drzewo. Kiedy zanalizowałam to drzewo coś we mnie pękło. Było ono dla mnie jakimś symbolem tego co mam w środku. Niby to takie proste, ale przez lata nie potrafiłam tego zdefiniować. Zanim zaczęłam swoją zmianę byłam rozwydrzoną, wymądrzającą się i pyskatą dziewczyną, która była pełna hipokryzji, agresji i widziała świat 0:1. To drzewo uzmysłowiło mi co przez tą agresję i krzyki chcę wyrazić. Ja się darłam o pomoc!!! A ludzie, co jest oczywiste, oceniali mnie jako rozdartego i nie rozwiniętego emocjonalnie wyrostka. I mieli rację! A ja schowana pod płaszczem chamstwa i agresji, przed okazywaniem czułości, dobroci i uprzejmości chroniłam siebie przed kolejnymi krzywdami.

Ten stan doprowadził mnie na skraj załamania, wyczerpał mnie do tego stopnia, że myślałam o śmierci. Dotarłam do granicy, w którym miałam już po prostu wszystkiego dosyć. Każdy skrawek ciała cierpi a dusza zatraca się w czeluściach ciemności.

Jak z tego wyszłam? Dzięki mojej córce. Kiedy pierwszy raz ją uderzyłam. Tak, wiem, sama do dziś się tego wstydzę. I zanim mnie ocenisz, sprawdź swoje uczynki! Kiedy podniosłam rękę na małe dziecko. Kiedy cofnęłam się i zobaczyłam w sobie schemat przed którym uciekałam z domu, a który mimo własnej woli powieliłam co do joty. Powiedziałam sobie wtedy: KU… NIE! Depresja nie! Agresja nie! Zrób coś z tym. Nie chcę tak żyć, nie chcę tak samo!

Poszłam na terapię, zaczęłam szukać rozwiązań, prosiłam o pomoc dobrych ludzi. Miałam duże szczęście, bo wsparły mnie dobre osoby. Nie było łatwo. 4 lata przepracowywania tysięcy tematów. Wielu krzywd, strachu, zabliźniania wieloletnich ran, walka z samym sobą. Zdawanie sobie sprawy z powielania niechcianych zachowań, powiązań ludzi za to odpowiedzialnych, zdarzeń, małych cząsteczek, które były składane do tzw. kupy. To dzięki dobrej duszy trafiłam w dobre miejsca i do kolejnych dobrych ludzi. I jak tu nie radować się kiedy ktoś wyciąga pomocną dłoń.

Wyszłam z tego! Dało się? Dało. Zaparłam się. Proces wyjścia był ogromnie trudny, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Najpierw trzeba jednak podjąć decyzję. Trzeba chcieć walczyć z Małpą w swojej głowie. Bo najtrudniej jest podjąć decyzje. Decyzje, że chce się zmienić. Oczywiście, nie ma  też się co oszukiwać praca jest ciężka, potwornie ciężka. Zmiana siebie, schematów, podejścia by inaczej patrzeć na ludzi, świat i rzeczy. Każdego dnia robisz małe kroczki, małe rzeczy by zmienić wielki schemat zaprogramowany w głowie. Moja Małpa była na tyle cwana w tym wszystkim, że zdarzało się jej wyłączać mnie i usypiać przy każdej próbie zmiany nastawienia. Tak, to nie żart! Zaczynałam pracować lub rozmawiać o bardzo trudnym przeżyciu i bam zasypiałam. Moja droga nie była łatwa.

Ja wyszłam z depresji i nadal walczę z efektami odruchów i schematów. Przestałam myśleć depresyjnie, myśleć o śmierci, przestałam być agresywna, mieć odruch uderzenia czy obrażania ludzi, ale świadoma jestem, że jeszcze kilka mi zostało. I tak, nadal zdarza mi się upaść. Wbić w smutek – to nieuniknione. Nie wierzę w ideały mówiące, że należy być tylko pozytywnym. Tak trzeba myśleć pozytywnie. Ale trzeba też umieć radzić sobie z negatywnymi ludźmi i zdarzeniami. I to jest CLUE! Bo one są i będą. Uciec przed nimi się nie da. Ten smutek trzyma mnie jakiś czas, nawet kilka dni. Bo ból ze smutnej sytuacji nadal przeszywa mnie na wskroś. Ale przeszywanie jest zupełnie z innego poziomu niż kiedyś. Teraz zupełnie świadomie pozwalam sobie na przeżywanie tego smutku. Na przetrawienie go. Akceptuję, że przyszedł on do mnie po coś. Czegoś ma mnie nauczyć, coś zrozumieć. Jestem sobie z nim do momentu, aż przychodzi myśl: „O to już! Wystarczy”. I uśmiecham się do tej myśli, do wniosków jakie wyciągam. Do lekcji jaką dostaję. I idę znów walczyć o moje JA, o moją rodzinę, o moje dobroci z życia! Te małe i duże, bo są cudne.

Udostępnij

Comments

  1. Poruszający post.
    Podziwiam chęć stawienia czoła tej chorobie. U mnie nie ma klasycznej depresji, raczej lekkie zaburzenia w tym kierunki, staram się trzymać. Choć czasem po prostu trudno jest poprosić o pomoc.
    Życzę nieustającej wytrwałości 🙂

  2. Mam podobną drogę za sobą, i na szczęście też zdąrzyłąm chcieć zawalczyć o siebie, i miałam wsparcie. Ale mam przekonanie, że ta zmora czai się wciąż w ostatniej piwnicy, by znienacka wyciągnąć swe macki. Uważam, że z depresją jest jak z alkoholizmem, gdy się zdrowieje to trzeba dziękować za każdy dzień w „trzeźwości”.
    Pozdrawiam serdecznie, Ola

  3. […] i stanowiły dla mnie paliwo życia. Jak już wspominałam w jednym z postów (link znajdziesz tu), kiedy uderzyłam ją po raz pierwszy, coś mną tchnęło. Ale zanim dotarło na dobre, musiało […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *