Tunel strefy NIC – to strach czy spokój?

strach-tunel-panika-strefa komfortu-zmiany w życiu

Matko, już maj. Czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Jakoś działa wbrew moim oczekiwaniom i pragnieniom. Stale zabiera mi coraz więcej chwil, które czuję, że nie są wykorzystane w pełni. Skąd takie poczucie?

Bo znów czuję pustkę. Chwile uciekają mi tak szybko, że zatapiam się w poczuciu zmarnowania ich. Wiem, że to błędne koło. Ale dotarło do mnie, że to znów etap mojego strachu, który we mnie jest. Może spróbuję to uporządkować, by mi pomogło przez to przejść a wam choć trochę zrozumieć.

Zbliżam się wielkimi krokami do momentu, gdy ruszam z własnym, dużym projektem. Jest on spełnieniem moich marzeń, mojej chęci rozwoju i robienia w życiu tego co lubię. I o ile dreszczyk podniecenia jest duży to wiadomo, że u mnie przewyższające jest uczucie strachu i paniki. Mówi się, że ludzie latami potrafią odkładać swoje marzenia z powodu strachu jaki im przy tym towarzyszy. Ja tak właśnie mam. Sporo swojego życia poświęciłam innym, o wiele bardziej niż sobie. Nie żałuję, jednak kiedy jak nie teraz? Nadszedł czas na mnie.

Niestety, dla takich jak ja, wyjście poza strefę komfortu i działanie dla siebie jest dosyć dużym problemem. Przede wszystkim zaczynasz robić coś na co twój mózg nie do końca ma ochotę. On nie lubi przecież zmian postaw czy podejścia. Ma wprogramowany zarys i kurczowo się go trzyma. Dodatkowo działanie bardzo szybko męczy organizm. I to nie dlatego, że mało się ruszasz czy nie odżywiasz się dobrze. Ja i to i to mam od dwóch lat pod kontrolą i wszystko gra. Jednak zmiana powoduje takie spięcia w mózgu – nie znam właściwej terminologii, w sumie nie jest mi ona do niczego potrzebna, znam schemat – że jestem szybko zmęczona. A co ciekawe, kiedy ruszam temat trudny by go przedyskutować, przeprogramować – zasypiam. Tak, zasypiam! Jeszcze 1,5 roku temu, były sytuacje, że podczas rozmowy z Moją Drugą Połówką o tematach ciężkich – zamykałam oczy i zasypiałam. Od tak, natychmiast. Niesamowite prawda? Ale taka była reakcja obronna. Dziś, stopień tego jest mały, choć nadal bardzo szybko się wypalam. A jak już wiecie, odpoczynek nie należy do szybkich spraw u mnie.

Od kilku miesięcy obserwuję u siebie taką zależność, że strach i panika jakie kumulują się we mnie przeradzają się w pustkę. Szkodliwym dla mnie stało się chowanie emocji w sobie. Kiedyś darłam się o wszystko, na wszystkich, krzycząc i bijąc. Dziś poszłam w skrajność, bo chowam te uczucia w sobie. Zamiast pokrzyczeć, wykrzyczeć. Wiem, to też nie jest dobre. Tłamszenie emocji prędzej czy później zaowocuje reakcją wybuchową, bo organizm będzie musiał to z siebie wyrzucić. Obawiam się jednak, że mój zamiast wykrzyczeć, przeradza ten niemy krzyk w pustkę. I tak, owa pustka staje się moim przekleństwem. Oczywiście, nie zamierzam tego tak zostawić. Mam świadomość, że to proces. Droga.

Zatrzymując się w strefie NIC wbrew wszystkiemu czuję spokój. Bardzo go potrzebuję. Spokój wewnętrzny jest mi teraz niezwykle potrzebny. A że wokół jest mnóstwo bodźców, które go zakłócają staram się w nich odnaleźć. Kiedyś Wam pisałam, że nasze rodzinne życie opiera się na kalendarzu. Nie ma wyjścia. Inaczej przy obecnym układzie zawodowym nie jesteśmy w stanie funkcjonować. W związku z czym taki tydzień Jasia Podróżnika jak ten obecny jest zorganizowany kilka miesięcy wcześniej. A ja będąc w obecnym stanie – próbuję się w tym odnaleźć, bo gdzieś nie do końca jest mi on na rękę. Kurczowo staram się łapać mikro chwil.

Wyciszona w swojej pustce, szukam sposobności by wygrać w sobie ze strachem i przeć do przodu jak czołg. Wiele już zdziałałam, ale zbliżający się punkt zero jest przerażająco straszny. Będzie oznaczał dwie rzeczy:

  • Zrobiłam to i udało się – a przecież lepsze jest znane NIC niż nieznane WOW
  • Nie ma już odwrotu – jak machina ruszy to nic jej nie zatrzyma.

Śmieszne nie? Śmieszno-straszne jak mówi mój przyjaciel.

Zapomniałam wspomnieć i wytłumaczyć się ze zmarnowanego czasu. Trochę za ambitnie podeszłam do wielu tematów. Za dużo wzięłam na siebie. A kiedy na stres dopada mnie reakcja łańcuchowa: wypalenie i pustka – czas we mnie się zatrzymuje, a ten zewnetrzny pędzi jak oszalały. Ciągle z czymś nie zdążam, nie daję rady i mam w sobie poczucie, że zmarnowałam czas. Czy tak jest naprawdę? Raczej nie. Bo nawet jeśli wypalenie objawia się zatrzymaniem w działaniu, to czas ten pożytkuję na pracę nad sobą. Trudno więc mówić o zmarnowanym czasie. Tylko głowa jeszcze o tym nie wie. Próbuję ją uświadomić, by karanie się za to zostało zatrzymane.

Widzicie, skomplikowana jestem. Ale wiem, że nie tylko ja walczę z popranymi zmaganiami w sobie. To pomaga, dobrze robi mi w głowie i wzmacnia poczucie jedności. A bitwy i potyczki lepiej wygrywa się w towarzystwie niż samemu. Zamykam zatem komputer i wracam na trasę by łapać promienie słoneczne, ciepły wiaterek i zieleń wokół. Tak bardzo mi teraz tego potrzeba….

Udostępnij

Comments

  1. […] śmiałam się. Wszystkiego po trochu. Pamiętacie mój wpis o strefie strachu i nicości? Link tu Strach – mój przyrodni brat. W każdym razie był to mój cel i marzenie od wielu, wielu lat. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *